AUTORKA SIĘ NUDZI, CZYLI JAK NAPISAŁAM BABIE LATO

Ta powieść (jak wiele innych wybitnych dzieł ludzkości) powstała trochę przez przypadek.

Skończyłam ostatnią część serii dla dzieci „Walenty i spółka” i czekałam na ilustracje. Myśląc o nowym projekcie postanowiłam, że na próbę napiszę powieść obyczajową dla kobiet. Chciałam się przekonać czy potrafię.

To miała być książka „wypoczynkowa”, książka na dobranoc przed snem i na plażę, choć zależało mi także, żeby była także o czymś. Opisuję losy kobiet żyjących, jak ja, w dużym mieście, które na co dzień łączą kariery zawodowe z rolami żony i matki. Kobiet, które świadomie kierują własnym życiem, a w trudnych chwilach szukają oparcia w innych kobietach. I wreszcie kobiet, które obawiają się upływającego czasu, stąd tytuł „Babie lato” (gdzieś przeczytałam, że babie lato to nie tylko pajęcze nici, ale także srebrne włosy starszych kobiet). 

Pomysły na moje książki „kradnę” od ludzi: ktoś opowie mi jakąś anegdotę o psie sikającym pod pomnikiem (dzięki, Dagmara!), ktoś inny o kobiecie, która wynajęła detektywa, by śledzić własnego męża i tyle właściwie wystarczy, by zacząć budować historię. 

Bohaterów i fabułę tej powieści zaczęłam wymyślać na początku grudnia. Trzy tygodnie później na organizowane przeze mnie święta mieli zjechać się goście, ale dzień przed Wigilią dowiedziałam się, że z powodu nagłej anginy ich przyjazd nie dojdzie do skutku. Dom był wysprzątany, jedzenie ugotowane, dzieci-nastolatki zajmowały się sobą i nie łaknęły zbyt częstego kontaktu z matką, więc miałam przed sobą co najmniej tydzień wolnego i żadnych obowiązków! Mogłam oddać się wyłącznie tworzeniu! Zamknęłam się w pokoju jak w więziennej celi i napisałam połowę „Babiego lata”.

Druga połowa powstawała przez kolejne miesiące pomiędzy spotkaniami autorskimi i innymi obowiązkami związanymi z prowadzeniem wydawnictwa i pewnego czerwcowego dnia mogłam już
z dumą oświadczyć: skończyłam.

Pierwszą czytelniczką powieści dla kobiet został… mój Mąż. Sobotniego poranka rozłożył się wygodnie na leżaku i popijając kawę pochłaniał kolejne strony. Kilka godzin później był już po lekturze. Powiedział, że książka „strasznie wciąga” i jest „filmowa”. Pomyślałam, że skoro facetowi, który na co dzień czyta zupełnie inne rzeczy się podobało, to jest jakaś nadzieja, że i kobietom będzie. Potem dostałam pozytywne recenzje także od innych mężczyzn, więc nie jest to tylko powieść dla jednej płci 🙂

Kilka dni później wysłałam mój rękopis do oceny kilku przyjaciółkom, których zdanie w wielu kwestiach życiowych zawsze bardzo sobie ceniłam. Korzystając z okazji chciałabym im wszystkim podziękować za to, że poświeciły czas na lekturę mojej książki, a potem podzieliły się ze mną swoimi wrażeniami. Wiem, że jedna z nich czytała ją w godzinach pracy („Monia, wydawaj to szybko i pisz następną”), druga po nocy („Wróciliśmy z imprezy, mąż poszedł spać, a ja z latarką pod kołdrą musiałam zobaczyć jak to się skończy”), a trzecia cierpliwie mi tłumaczyła, jak wygląda procedura rozwodowa (szczęśliwie nie mam
w tej materii żadnych własnych doświadczeń).

Zachęcona pozytywnymi recenzjami oddałam książkę w ręce doświadczonej redaktorki, która zasugerowała, że powinnam ją wydać w większym wydawnictwie, które specjalizuje się w prozie kobiecej, ma lepszy marketing i dystrybucję. Wspólnie wysłałyśmy ofertę do kilku wydawnictw i w przeciągu dwóch tygodni otrzymałam dwie propozycje współpracy. W końcu nie zdecydowałam się na żadną z nich i postanowiłam wydać książkę samodzielnie (o powodach mojej decyzji napiszę kiedyś w oddzielnym poście). Tekst oddałam do redakcji Lenie (polecam firmę Słowne Babki, która zajmuje się redagowaniem tekstów), a całość „składał” i szykował do druku przesympatyczny pan Marek (którego miałam okazję poznać przy okazji tego projektu wyłącznie telefonicznie). O zaprojektowanie okładki poprosiłam Małgosię Banaś-Domińską, autorkę ilustracji do serii „Walenty i spółka”. Chciałam, żeby moją powieść nie tylko dobrze się czytało, ale żeby przyciągała wzrok, a trzymanie jej w ręku sprawiało czytelniczkom prawdziwą przyjemność.

Miłej lektury 🙂

3 komentarzy

Książka zakupiona i przeczytana w jeden wieczór.. potwierdzam wciąga i jako znajoma autorki licze na autograf Na wakacje, z lampka wina idealna gratulacje Monika

Książka jest cudownie kobieca, porusza wiele ważkich spraw i życiowych doświadczeń. ludzkich losów i tego jaki mamy wpływ na swoje życie. Prawdziwe babie lato i jego ulotność. A okładka to prawdziwe dzieło sztuki, patrzysz na nią i przenosisz się w myślach do ciepłych mórz i plaż. Polecam każdej kobiecie! na nudę, na smutki, na dobry czas! A Szanowną Autorkę upraszam o kolejne części.
ps. Absolutnie ani przez moment w czasie lektury nie czuje się, że książka została napisana w tak krótkim czasie 🙂

Prawdziwie kobieca literatura do pochłonięcia w jeden wieczór. Główna bohaterka jest taką kobietą, jaką chciałybyśmy być – atrakcyjną, inteligentną, spełnioną zawodowo i mądrą życiowo. Czarny charakter w postaci „pana męża” jest wybitnie niesympatyczny i żywimy do niego wyłącznie niechęć. Pojawia się też niejednoznaczna drugoplanowa, (ale bardzo ważna) – interesująca postać kobieca. Intryga rozwija się płynnie i z dużą dozą prawdopodobieństwa. A wszystko kończy się happy endem. Czy można chcieć czegoś więcej?
Powieść dobrze się czyta, także dzięki znakomitemu przygotowaniu edytorskiemu – dobrej czcionce, światłu na stronie i przyjaznemu dla oczu kolorowi papieru.
Myślę, że „Babie lato” ma szansę być hitem na miarę „Nigdy w życiu!”, czego z serca życzę Autorce.
Z serdecznymi pozdrowieniami 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *